Polska nie kończy się na Warszawie
W polskiej debacie publicznej obowiązuje cichy nawyk: prawdziwe rzeczy dzieją się w stolicy, a reszta kraju jest tłem. Ten nawyk kosztuje. Odbiera sprawczość ludziom, którzy najlepiej znają swoje problemy, i przenosi decyzje o kilkaset kilometrów od miejsca, w którym mają skutek.
Republikańska tradycja ma na to prostą odpowiedź - zasadę pomocniczości. Decyzję podejmuje się na najniższym poziomie, na którym da się ją sensownie podjąć. Nie dlatego, że centrum jest złe, ale dlatego, że wiedza o lokalnym problemie znajduje się lokalnie i nie da się jej wysłać do ministerstwa w formularzu. Gmina wie o swojej szkole więcej niż departament. Miasto wie o swoim transporcie więcej niż tabela.
W skali pokolenia decentralizacja ma jeszcze jeden wymiar - ludzki. Młody człowiek z Krosna, Ełku czy Świdnicy, który chce działać publicznie, zwykle staje przed wyborem: wyjechać albo zrezygnować. To fałszywa alternatywa i jeden z cichych mechanizmów drenażu polskiej prowincji. Ktoś, kto wyjeżdża w wieku 19 lat, rzadko wraca, a miasto traci nie tylko podatnika, ale i przyszłego radnego, przedsiębiorcę i organizatora.
Dlatego budujemy środowisko obecne we wszystkich 16 województwach, a nie w jednym mieście z filiami. Różnica jest zasadnicza. Struktura scentralizowana produkuje wykonawców poleceń. Sieć środowisk regionalnych produkuje liderów, którzy mają własną bazę, własny dorobek i własne zdanie - a to jedyny rodzaj ludzi, z którymi warto potem robić cokolwiek poważnego.
Nie chodzi o to, by przenieść centrum gdzie indziej. Chodzi o to, żeby przestać potrzebować jednego centrum.